Czy Kościół ma granice?
- ks. Marek Michalik

- 22 godziny temu
- 4 minut(y) czytania
W poprzednim wpisie zachwycałem się rzeką Świętego Wawrzyńca, dostrzegłem w niej metaforę Kościoła. Jak Rzeka jednoczy w sobie liczne dopływy i odprowadza je do oceanu, tak Kościół jednoczy ludzi między sobą i prowadzi ich ku Bogu.
Patrzę na Rzekę, a widzę wodę, właściwie samą falującą powierzchnię. Wiem jednak, że tuż pod nią istnieje inny świat, pełen życia, różnorodny i niezwykle ciekawy. Świat bliski i jednocześnie nieznany, choć muszę uczciwie dodać - nieznany dla mnie. Z roślin znam moczarkę kanadyjską (miałem kiedyś w akwarium) i… na tym koniec. Znajomość ryb niewiele lepsza, patrząc na dumne wędkarskie zdjęcia, wymieniłbym kilkanaście gatunków, ale gdy patrzę na kompletną listę żyjących tu gatunków, duma ustępuje miejsca pokorze. Za każdym razem, gdy wjeżdżam do tunelu pod Rzeką ubolewam, że nie jest zrobiony ze szkła, a wyjeżdżając, utwierdzam się w przekonaniu, że jestem i pozostanę w tym zakresie ignorantem.
Jeszcze większa jest moja niewiedza, gdy pomyślę o domownikach Kościoła. Nie mam pojęcia, ile ludzi woła do Boga „Ojcze nasz”, ile Go uczciwie szuka i ku Niemu zmierza, kto Go naprawdę kocha? Mam nadzieję, że więcej niż się do tego przyznaje, ale pewności nie mam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Chrystus szukał ludzi, powiedział to wyraźnie „przyszedłem szukać to, co zginęło” (Łk19, 10). Szukał wytrwale i – co najważniejsze – skutecznie. W pewnym momencie zapowiedział: „Gdy zostanę wywyższony, przyciągnę WSZYSTKICH do siebie” (J12, 32). Tymczasem muszę uważać, by moja ignorancja nie przerodziła się w arogancję wobec inaczej wierzących, a szczególnie wobec tych, którzy wykluczają mnie i odmawiają katolickości mojemu kościołowi, twierdząc, że tylko ich wiara jest prawdziwa. Przecież bez mojego kościoła, żaden kościół też nie jest katolicki! Czyżby nie wierzyli w to, co odmawiają: „wierzę w jeden, święty i katolicki Kościół’? A może nie wiedzą, że „katolicki” znaczy „powszechny”? Kościół jest prawdziwie Chrystusowy, gdy szuka a nie wyklucza, buduje mosty zamiast murów, przyciąga a nie odpycha.
Rzeki mają brzegi, to oczywiste. Mniej oczywista jest ich elastyczność, zmienność, w zależności od poziomu wody. Płynność granic występuje tylko w naturze, w przeciwieństwie do granic tworzonych przez ludzi, które są zazwyczaj sztywne i wyraźne. Budujemy mury, stawiamy płoty czy wyznaczamy miedze, by sąsiad nie naruszył ich choćby na dwa palce. Robimy to głównie dla dobrego samopoczucia, lubimy, gdy wszystko jest jasne, uregulowane i pod kontrolą. Z tego względu regulujemy też rzeki, nieraz betonujemy nabrzeża, a gdy rzeka jest granicą państwa, stawiamy uzbrojonych strażników. Na tytułowe pytanie o granice Kościoła, korci mnie, by napisać, że takowych nie ma, ale czuję, że to tylko pokusa.
W eklezjologii ostatniego soboru Kościół definiuje siebie bardzo szeroko, włącza w swój nurt nawet niechrześcijan oraz wszystkich ludzi dobrej woli. Wydaje się więc, że granicami tak rozumianego Kościoła jest ludzkie serca a nie formalna przynależność do takiego czy innego wyznania. Skoro nie znamy wszystkich ludzkich serc, trzeba więc powiedzieć wyraźnie, że nie znamy też granic Kościoła. Ciekawe, że nie potrafimy nadać nazw ok. 2 milionom kanadyjskich jezior, nawet ich dokładnie policzyć, bo jedne się tworzą, inne giną, tu się łączą a tam rozdzielają. A cóż dopiero określić, kto należy do Kościoła, a kto jest poza nim? Jeśli te granice istnieją, to zna je tylko Ten, który przenika ludzkie serca i zapewnia, że włosy na naszej głowie wszystkie są policzone.
Pamiętam z lekcji matematyki pojęcie „granica nieskończona”, nie pytajcie mnie jednak co znaczy ten paradoks, jeśli ktoś umie to wytłumaczyć prostym językiem, to poproszę… Mimo, że nie rozumiem tego pojęcia, to pasuje mi do opisania granic Kościoła. Wybitny polski teolog, o. Wacław Hryniewicz OMI pisał, że wszystko, co dotyczy Pana Boga musi być paradoksalne, inaczej nie jest prawdziwe. Także on twierdził, że „Pan Bóg jest polifoniczny”. Trzymając się nazewnictwa związanego z rzeką, trzeba by powiedzieć – Pan Bóg jest wielowarstwowy lub wielopłaszczyznowy, przy czym dla nas dostępna jest zaledwie jego widzialna powierzchnia. A co z głębią? Może jacyś mistycy mają lepszy wgląd w te tajemnice, ja jestem skazany na wiarę i logikę, a te mi podpowiadają, że skoro Pan Bóg jest wielowarstwowy, to i Kościół, jako Jego narzędzie na ziemi, nie może być inny. Pan Bóg „wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał” (Hbr1,1) i przemawia. Jego delikatny głos jest modulowany tzn. nadawany ze zmienną częstotliwością, dlatego swoje serce muszę nieustannie „dostrajać”, akceptując fakt, że do innych ludzi Pan Bóg przemawia w sposób dla mnie nieuchwytny. I odwrotnie – nikt nie wie, jak wygląda moja relacja z Bogiem. Ta więź, będąca istotą chrześcijaństwa, jest zawsze osobista i nie da się jej ocenić z zewnątrz. Zresztą, po co oceniać? Każdy z nas jest w innym punkcie rzecznych głębin, ktoś bliżej źródła, ktoś bliżej ujścia; jeden wyżej, drugi niżej; ten z prawej, ów z lewej a tamten w centrum, Rzeka – jak pisałem poprzednio – jest długa, a przede wszystkim głęboka i bardzo szeroka.
Obawiam się, że ludzie, którzy nazywają swoje wyznanie „jedynym prawdziwym Kościołem”, odmawiając „prawdziwości” innym wyznaniom, tak naprawdę tworzą nie Chrystusowy Kościół, ale własny ekskluzywny kościółek, bądź trzymając się przyjętej tu metafory - budują na swojej ogrodzonej przydomowej posesji bezpieczny basen. Przebywanie w nim to sama przyjemność, bo wstęp mają tylko „swoi”. Woda w nim czysta, podświetlana, podgrzewana, a nawet pachnąca; pompy „ożywiają” wodę, lekkie fale sprawiają wrażenie jakoby płynęła, jednak wszyscy wiedzą, że ta woda tylko krąży i w żaden sposób nie dopłyniemy nią do Oceanu.

Komentarze