Sarna w rzece
- ks. Marek Michalik

- 6 cze
- 3 minut(y) czytania
Kto nie uwierzy, zrozumiem, bo taka sytuacja to prawdziwy ewenement, w moim życiu zdarzyła się raz. Siedzę sobie z wędką w ulubionym miejscu, nagle widzę, jak wyspy oddalonej o jakieś 500 m. coś w moim kierunku płynie. Nie dowierzam własnym oczom, z wody wychodzi… sarna. Jakby tego było mało, otrząsnęła się tylko jak pies i poszła w stronę miasta, zostawiając mnie w niemałym szoku. Incydent skłania mnie do jeszcze jednej refleksji na temat rzeki Świętego Wawrzyńca jako obrazu Kościoła, którymi dzieliłem się ostatnio.
Rzeka jak wiadomo dla saren domem nie jest, ale skoro mieszkają po sąsiedzku, chętnie z niej korzystają. (Napisałem „korzystają”, choć wahałem się, czy nie napisać „wykorzystują”, bo różnica jest jednak duża.) Przypominają mi ludzi, dla których Kościół to też środowisko zdecydowanie obce, ale stanowi miłe tło dla uroczystości rodzinnych czy społeczno-patriotycznych, ewentualnie skansen zanikających tradycji i zwyczajów. Przemilczę tych, dla których Kościół to bastion ciemnoty, opresji, by nie powiedzieć mafijna korporacja, a mimo tego przy rożnych okazjach też tam zaglądają. Kiedyś chętnie określałem ich „konsumentami łaski Bożej”. Dziś jestem mniej surowy, gdy po drugiej stronie ołtarza widzę człowieka, którego ktoś tu zaprosił albo nakazuje mu to jakiś interes. Możliwe, że widzę go tu nie tylko pierwszy, ale i ostatni raz, a przy okazji pytam o przyczyny pustych kościołów. Mam świadomość, że jest ich wiele i leżą jakby po obydwu stronach ołtarza.
W seminarium uczyliśmy się, że „Msza święta jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego”, a my później tę soborową prawdę ludowi Bożemu przekazywaliśmy, przypominając przy okazji przykazanie, że ma obowiązek „w niedziele i święta nakazane we Mszy świętej nabożnie uczestniczyć”. Zastanawiam się, co czuje człowiek, któremu nakazuje się co tydzień zdobywanie Mont Everestu, jeśli ów nigdy nie próbował wejść nawet na Mont Royal ani Gubałówkę. Nie próbował nie dlatego, że to wymaga solidnego przygotowania rozłożonego w czasie, ale dlatego, że chodzenie po górach po prostu go nie interesuje.
Wiem, że przygotowania były, prowadziłem, nawet uczestniczyłem. Katechezy, kursy, spotkania nie tylko przed I Komunią. Patrząc po latach na owoce tych przygotowań, trzeba przyznać, że gdzieś musiał być popełniany powszechnie jakiś zasadniczy błąd. Wszystko przecież ma swoją przyczynę, choć niełatwo ją ująć w jednym zdaniu. Kryzys współczesnego Kościoła przewidywało wielu, a co odważniejsi mówili o tym wyraźnie, mam tu na myśli choćby ks. Józefa Tischnera, który już w 1970 r. napisał proroczy esej „Schyłek chrześcijaństwa tomistycznego”. Gdybym jednak miał jednym słowem wyznać główny grzech naszego duszpasterstwa, powiedziałbym w pewnym uproszczeniu – sakramentalizacja. Dzieci przynoszono do sakramentu Chrztu, by mogły potem przystąpić do I Komunii; młodzież szła do sakramentu Bierzmowania po to, by potem bez problemów zawrzeć sakrament Małżeństwa; sakramenty dla sakramentów. Co prawda przed ich udzieleniem każdy kandydat pytany jest o wiarę, ale wiemy dobrze, czym jest presja środowiska i że sakrament może przyjąć osoba de facto zupełnie niewierząca. Jeśli ktoś jakimś cudem znajdzie się na szczycie góry, to następnym jego krokiem może być potem tylko krok w dół. Młody człowiek zamiast pielęgnować w sobie ziarno łaski, aby dojrzewało i przynosiło owoce, „konsumuje” je. Znacznie poważniej wygląda przygotowanie do sakramentów, gdy kandydaci są już dorośli, najczęściej mają wiarę i potrafią odróżnić widzialny sakramentalny znak od jego niewidzialnej treści. Przeważnie rozumieją, że ważne są symbole i piękne ceremonie, ale ważniejsze jest ich znaczenie, mówiąc jeszcze prościej – dbają raczej o przygotowanie zawartości niż opakowania.
W sytuacji, gdy priorytetem jest sakramentalizacja, zwłaszcza dzieci i młodzieży, o ewangelizację znacznie trudniej. Przyjęcie sakramentu traktowane jest jako osiągnięcie celu, a więc namacalny sukces, co w praktyce oznacza zakończenie wysiłku, zarówno dla udzielających jak i otrzymujących. Pamiątki, wpisy do ksiąg, certyfikaty, fotografie, na tym koniec. Potem ewentualnie rocznice i pytanie -dlaczego to, co miało być początkiem długiego, pięknego etapu, stało się początkiem jego rychłego zakończenia?
Odpowiedź znajduję w odwróceniu kolejności, o której mówi wyraźnie Pan Jezus w tzw. nakazie misyjnym – „idźcie i głoście Ewangelię”, dopiero potem „udzielajcie chrztu”. Rozumiał to św. Paweł Apostoł, wyjaśniając Koryntianom „Nie posłał mnie Chrystus, abym chrzcił, lecz abym głosił Ewangelię” (1 Kor 1,17). Na początku było i powinno pozostać głoszenie Słowa. Ze Słowa rodzi się wiara, która budzi serce do osobistej modlitwy i zawiązuje przyjaźń człowieka z Chrystusem. Tak tworzy się fundament do budowania pięknego chrześcijańskiego życia, w tym także życia sakramentalnego. Bez tej osobowej więzi, przyjmowanie sakramentów, na czele z Eucharystią, jest szczytem, ale nieporozumienia.
Wracając do incydentu z sarną w rzece i pytania o ludzi praktykujących, choć z różnych względów niewierzących. Zastanawiam się, co powiedziałby im Jezus, gdyby zobaczył ich dziś w kościele? Coś w rodzaju – „Przyjdźcie do Mnie wszyscy; bierzcie jedzcie i pijcie z tego wszyscy” czy raczej coś w stylu – „Nie rzucajcie swych pereł przed wieprze” albo „Nie róbcie z domu Ojca targowiska?” A może jeszcze coś innego, po prostu „Przyjacielu, po coś przyszedł?”. Na pewno by jakoś zareagował, tylko jak? Może ktoś ma jakiś pomysł?

Komentarze